Warner Bros. dokonał sztuki godnej najzdolniejszych uczniów Hogwartu: oficjalnie potwierdził grę, nie pokazując przy tym ani jednej sekundy rozgrywki. Wiemy zatem, że druga część Hogwarts Legacy powstaje. Cała reszta nadal skrywa się pod peleryną niewidką.
Trudno mówić o wielkim zaskoczeniu. Pierwsze Hogwarts Legacy sprzedało się w ponad 40 milionach egzemplarzy i przypomniało światu, że do odniesienia sukcesu w uniwersum Harry’ego Pottera nie jest konieczny sam Harry Potter. Wystarczy otworzyć przed graczem bramy Hogwartu, wręczyć mu różdżkę i pozwolić sprawdzić, co właściwie znajduje się za drzwiami, których w książkach nigdy nie otwarto. Warner Bros. miał więc przynajmniej czterdzieści milionów powodów, aby ponownie wysłać sowy z zaproszeniami.
Na razie zaproszenie jest jednak zapisane bardzo drobnym drukiem. Nie znamy oficjalnego tytułu gry, roku premiery, platform ani nazwiska bohatera. Nie wiemy nawet, czy ponownie wcielimy się w ucznia rozpoczynającego edukację na piątym roku. Jest za to pewne, że druga część będzie musiała zrobić coś więcej niż tylko otworzyć kolejną porcję jaskiń i rozsypać po mapie dodatkowe sterty rupieci.

Czterdzieści milionów galeonów
Największym osiągnięciem pierwszej części nie była fabuła ani system walki, tylko… sam Hogwart. Zamek zachwycał liczbą detali, ukrytych przejść i pomieszczeń, do których chciało się zaglądać nawet wtedy, gdy nie czekała tam żadna nagroda. Ruchome schody, gadające obrazy, duchy, zbroje i uczniowie zajmujący się własnymi sprawami potrafili stworzyć atmosferę, której brakowało wcześniejszym grom z tego świata.
Kłopoty zaczynały się po opuszczeniu szkolnych murów. Ogromna mapa była efektowna, ale szybko wypełniała się powtarzalnymi próbami Merlina, obozami przeciwników, identycznymi skarbcami oraz przedmiotami, które najczęściej lądowały u najbliższego handlarza. Hogwarts Legacy chciało być jednocześnie szkolną przygodą i wielkim RPG w otwartym świecie. Ostatecznie więcej czasu spędzaliśmy na odkurzaniu mapy niż na byciu uczniem.
Dlatego uważam, że kontynuacja nie potrzebuje przede wszystkim większego świata, tylko gęstszego. Lepiej otrzymać jeden naprawdę dopracowany rok szkolny niż trzy nowe krainy pokryte ikonami. Lekcje powinny stać się czymś więcej niż jednorazowym samouczkiem zakończonym poznaniem kolejnego zaklęcia. Przydałyby się sprawdziany, prace domowe, nocne wyprawy łamiące regulamin, rywalizacja domów i decyzje wpływające na stosunki z nauczycielami. Nie po to zakładamy szkolną szatę, aby po kilku godzinach zamienić się w czarodzieja pracującego na pełny etat przy oczyszczaniu obozów kłusowników.

Więcej szkoły, mniej sprzątania mapy
Pierwsza część pozwalała wybrać jeden z czterech domów, ale poza innym pokojem wspólnym i kilkoma scenami wybór szybko tracił znaczenie. Tymczasem właśnie tutaj znajduje się materiał na jedną z najważniejszych zmian. Gryfon mógłby otrzymywać inne zadania i znajomości niż Ślizgon, a uczniowie Ravenclawu powinni rozwiązywać część problemów inaczej niż mieszkańcy Hufflepuffu. Nie chodzi o przygotowanie czterech osobnych kampanii, lecz o stworzenie wrażenia, że przydział naprawdę określa miejsce bohatera w szkolnej społeczności.
Podobnego pogłębienia wymagają relacje z uczniami. Towarzysze mieli własne historie, ale pomiędzy zadaniami najczęściej stali w wyznaczonych miejscach i czekali, aż łaskawie do nich podejdziemy. W kontynuacji powinni chodzić na lekcje, spotykać się w Wielkiej Sali, reagować na nasze zachowanie i pamiętać, w jaki sposób zakończyliśmy wcześniejsze rozmowy. Przyjaźń, rywalizacja, a może nawet szkolny romans pasowałyby do Hogwartu znacznie bardziej niż kolejna łamigłówka z obracanymi kamieniami.
Największej poprawy domaga się jednak system konsekwencji. Pierwsza gra pozwalała poznać zaklęcia niewybaczalne, a następnie korzystać z nich niemal bezkarnie. Można było potraktować przeciwnika Avadą Kedavrą na oczach kolegów, po czym wrócić do szkoły i spokojnie odebrać pochwałę za prawidłowe wyhodowanie roślinki. W drugiej części czarna magia powinna budzić strach, zmieniać stosunek bohaterów niezależnych i prowadzić do wyraźnie odmiennego zakończenia. Skoro gra daje nam wybór między dobrem a złem, niech przestanie udawać, że oba rozwiązania różnią się jedynie kolorem efektów specjalnych.

Szósty rok czy zupełnie nowa ławka?
Najbardziej oczywistym rozwiązaniem byłaby bezpośrednia kontynuacja historii. Bohater pierwszej części rozpoczął naukę na piątym roku, więc kolejna gra mogłaby pokazać jego szósty rok w Hogwarcie. Pozwoliłoby to zachować część znajomych postaci, rozwinąć rozpoczęte wątki i pokazać skutki podjętych wcześniej decyzji. Import zapisu gry byłby mile widziany, chociaż przy tak dużej liczbie platform i wydań równie prawdopodobne jest krótkie ustalenie przeszłości bohatera na początku przygody.
Akcja pierwszej części rozgrywała się pod koniec XIX wieku. Jeśli autorzy przesuną kalendarz o kilka lat, w szkolnych murach może pojawić się młody Albus Dumbledore. To kuszący pomysł, ale również niebezpieczna droga. Kontynuacja nie powinna zamienić się w paradę znajomych nazwisk, w której co drugi uczeń okazuje się dziadkiem lub pradziadkiem postaci znanej z książek. Siłą tego świata zawsze było poczucie, że Hogwart istniał długo przed narodzinami Harry’ego i będzie istniał długo po jego odejściu.
Warner Bros. wcześniej zapowiadał koordynowanie pewnych ogólnych elementów opowieści z przygotowywanym serialem HBO. Nie musi to oznaczać wspólnej fabuły — pomiędzy obiema historiami leży przecież około stulecia. Bardziej prawdopodobne są zgodny wygląd miejsc, wspólne zasady świata oraz nazwiska i wydarzenia, które mogą być wspominane w obu produkcjach. Oby tylko scenarzyści nie otrzymali listy obowiązkowych punktów do odhaczenia. Gra powinna nadal opowiadać własną historię, zamiast pełnić funkcję interaktywnej ulotki reklamującej serial.

Quidditch tak, abonament nie
Nieobecność quidditcha należała do najbardziej zaskakujących braków pierwszej części. Boisko stało tuż obok szkoły, miotły były dostępne, a uczniowie regularnie rozmawiali o rozgrywkach. Dyrektor po prostu odwołał sezon i w ten sposób twórcy pozbyli się problemu. Drugi raz podobna wymówka już nie przejdzie. Quidditch powinien otrzymać własne treningi, ligę domów i kilka większych spotkań rozgrywanych w trakcie roku szkolnego. Nie musi zmieniać się w osobny symulator — wystarczy, że będzie prawdziwą częścią szkolnego życia.
Wokół kontynuacji mogą pojawiać się również pogłoski o trybie wieloosobowym, ale na razie nie ma żadnych oficjalnych konkretów. Opcjonalna współpraca dwóch czarodziejów brzmiałaby interesująco, szczególnie podczas eksplorowania lochów albo pojedynków. Nie warto jednak poświęcać dla niej samotnej przygody. Hogwarts Legacy 2 nie potrzebuje przepustki sezonowej, codziennych zadań ani sklepu sprzedającego kapelusze za prawdziwe galeony. Potrzebuje dobrego scenariusza, żywych bohaterów i szkoły reagującej na nasze wybory.
Pierwsza część pokazała nam, że gracze chcą wracać do Hogwartu. Druga musi udowodnić, że naprawdę mogą w nim zamieszkać. Najbezpieczniej byłoby przygotować większą mapę, silniejszych przeciwników, mroczniejsze questy i dwa razy więcej znajdziek. Znacznie ciekawiej będzie jednak pogłębić to, co już istnieje: szkolne życie, domy, przyjaźnie, czarną magię i konsekwencje naszych czynów.
Nareszcie nadleciała Sowa. Teraz musimy poczekać, aż przyniesie coś więcej niż informację o tym, że list znajduje się w drodze…
/Magda „BlackRose”








Zostaw odpowiedź